Bombardowanie Kraśnika w relacji młodego kraśniczanina

Historia
Czcionka

Jak wyglądało bombardowanie Kraśnika w 1939 roku? Oddajemy "głos" naocznemu świadkowi, 12 letniemu wówczas, Piotrowi Wilkowi, który 25 lat temu przekazał relację z tych tragicznych dni dziennikarzom "Głosu Kraśnickiego". Prezentujemy też dwa filmy - na jednym widać zniszczenia po bombardowaniu Kraśnika, a na drugim o bombardowaniu opowiada Jerzy Kulpa.

Mieszkałem w Kraśniku z rodzicami i dwoma siostrami na ulicy Góry, której jedna część stanowiła rodzaj najbliższego przedmieścia miasta, a druga (tzw. Drugie Góry) - leżąca za gościńcem do Zaklikowa, wchodziła częściowo w jego obręb. W momencie wybuchu wojny liczyłem sobie ponad 12 lat. Wierzyłem głęboko w siłę i wielkość Polski i uważałem, że Hitler dostałby za swoje, gdyby odważył się zaatakować nasz kraj. Już w pierwszych dniach wybuchu wojny doznałem zawodu i bardzo przeżywałem wiadomości radiowe o cofaniu się naszych oddziałów, a potem z przykrością i niepokojem patrzyłem na gromady uciekinierów, przechodzących przez Kraśnik. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Już 3 czy 4 września niemiecki samolot zbombardował Fabrykę Amunicji na Budzyniu, gdzie ranny został nasz najbliższy sąsiad i ja widziałem potem rozpacz jego rodziny. Wkrótce, bo już w świąteczny wówczas piątek 8 września 1939 roku przychodzi jakże tragiczny dla Kraśnika dzień. Był ciepły i słoneczny i początkowo nic nie zapowiadało nadciągającej katastrofy.

Naraz, ok. godz. 13, rozległ się w powietrzu zawodzący ryk syren przeciwlotniczych, więc z kolegą bez namysłu zaczęliśmy biec przez tzw. Drugie Góry w kierunku naszych domów. Jednocześnie co chwila spoglądaliśmy w górę, gdzie początkowo nic nie było widać. Niebawem zaczął dobiegać do nas ciężki, dudniący, jakiś złowrogi warkot maszyn i wkrótce, pojawiły się na pogodnym niebie, mniej więcej na stronie płd-wsch., małe sylwetki srebrzyście błyszczących samolotów, które leciały zorganizowanymi kluczami w naszym kierunku. Przy potężniejącym szumie silników samolotowych, wbiegliśmy na ogród moich rodziców w momencie, gdy samoloty nadlatywały nad nasze przedmieście. Naraz rozległ się w powietrzu, nieznany nam dotychczas, ostry i przenikliwy gwizd, a po chwili ogłuszający huk rozrywających się bomb lotniczych. Obydwaj padliśmy na ziemię, kilka metrów od stodoły, obok rosnącego tutaj dębu i tuż przy ułożonym stosie drewna budowlanego. Przenikliwe gwizdy, huki oraz oślepiające błyski nasilały się. Płonęło wszystko: budynki mieszkalne, stajnie, obory, stodoły, płoty i drzewa. Widziałem jak ogień wybuchał co chwila w innym miejscu i rozprzestrzeniał się w niesłychanie szybkim tempie, bo wszystko było zupełnie wysuszone w wyniku dość długo utrzymujących się gorących dni. W powietrzu kłębiły się szare, ciemne dymy oraz pyły wznoszone na skutek wybuchu bomb. Było niesamowicie gorąco, bo wokół nas, płonęły zabudowania, a dym tamował oddech, dosłownie dusił. Ciągle rozlegał się trzask płonących i rozlatujących się budynków oraz dobiegały ryki palących się żywcem zwierząt, a także rozpaczliwe krzyki oraz płacz ludzi. Widząc, że kolega mój jest przerażony i bezradny, zasugerowałem mu wejście pod stos drzewa. Sam zostałem pod dębem i chociaż nieco obawiałem się trafieniem odłamkami bomb, to jednak z pewnym zaciekawieniem spoglądałem w niebo, po którym, wśród szarych i żółtawych obłoków dymu i pyłu przesuwały się złowrogie sylwetki samolotów. Nagle kilka metrów ode mnie coś oślepiająco błysnęło, rozległ się głośny huk i rozleciała się płonąca komórka obok stajni. Momentalnie zapaliła się i stajnia.

 

Zobaczyłem, że ze stodoły wybiegł mój ojciec i wpadł do stajni. Zorientowałem się, że zamierza wypuścić konie z palącej się stajni, więc natychmiast pobiegłem pomóc mu. Konie przerażone ogniem i hałasem pogalopowały gdzieś w kierunku pola. Następnie razem z ojcem wypędziliśmy z obory bydło i zaczęliśmy wyganiać świnie, ale ich w zasadzie nie zdołaliśmy uratować gdyż stawiały duży opór przy wypędzaniu z zagród, a z wielkim trudem wyciągnięte, wyrywały się i znów wpadały w ogień płonącego chlewu. Pamiętam, że nie bacząc na płomienie, w ostatniej chwili wpadłem do chlewu i na rękach wyniosłem dwa małe prosiaczki (z których mieliśmy później duży pożytek). Reszta naszej trzody chlewnej (której, licząc z małymi było kilkanaście sztuk) spaliła się. Podobny też los spotkał większość naszego drobiu i królików. Najpóźniej zaczął się palić nasz dom, dlatego zdołaliśmy wynieść z niego poza teren objęty pożarem, część pościeli, bielizny i ubrań oraz nieco żywności. Na resztę nie starczyło już czasu, ze względu na szybkie rozprzestrzenianie się ognia. W pierwszej fazie akcji ratunkowej przeszkadzały nam bombowce, a w drugiej (po ucichnięciu wybuchów bomb) samoloty myśliwskie, które latając bardzo nisko nad ziemią, raziły mieszkańców kulami z karabinów maszynowych. Niektórzy z pilotów polowali na pojedynczych ludzi. Przykładem może być śmierć 14-letniego harcerza Trynkiewicza, który (jak mi później opowiadano) w czasie nalotu wskoczył na rower i z dużą szybkością jechał polną drogą koło kirkutu w stronę pól pozamiejskich, a pilot niemieckiego myśliwca popędził za nim i uśmiercił go z broni pokładowej. Mieszkańcy naszej ulicy, mimo wybuchających bomb, szalejącego ognia i kul z karabinów maszynowych, z jakąś zawziętością i determinacją ratowali wszystko, co tylko było możliwe ze swojego majątku materialnego i inwentarza żywego. Pamiętam, że wspólnie z ojcem zdołaliśmy również ocalić przed spaleniem nasz wóz zaprzęgowy, wyciągając go z palącej się już stodoły.

Po ustaniu nalotu i zakończonej akcji ratunkowej z ogromnym żalem i przygnębieniem spoglądaliśmy na dopalające się resztki naszego dobytku. Jedyną pociechą w tym wielkim nieszczęściu byto to, że nikt z najbliższych mi osób nie stracił życia. A przecież wielu ludziom tak się nie powiodło. Zginęło wówczas kilkudziesięciu mieszkańców naszej ulicy (według jednych ok.40, a w/g innych ponad 70), a wśród nich kilku moich kolegów i koleżanek. Zmęczony akcją ratunkową ruszyłem obejrzeć te miejsca na naszym przedmieściu, gdzie intensywność bombardowania była największa i gdzie spadły bomby o największej sile rażenia. Było to na terenie nadrzecznym, gdzie wzdłuż rzeki rosły stare, ogromne wierzby, z których wiele zostało wtedy potrzaskanych, porozrywanych na części, powyrywanych z ziemi razem z potężnymi korzeniami. W wielu miejscach widziałem bezładnie porozrzucane, zakrwawione zwłoki ludzi, poprzeszywane kulami lub poszarpane odłamkami bomb. Te straszne, przerażające widoki wstrząsnęły mną, dwunastoletnim wówczas chłopcem, do głębi i spowodowały powstanie zmian w niektórych cechach mojej psychiki. Zburzył się mój dotychczasowy system wyobrażeń i pojęć o świecie a jednocześnie ukazał mi się świat nowy, zupełnie inny od tego który zna­łem, pełen grozy i ludzkiego okrucieństwa. Szczególnie poruszył mnie widok zwłok dzieci, z którymi uczęszczałem do szkoły lub jeszcze nie tak dawno się bawiłem. Największego wstrząsu doznałem patrząc na krwawe zwłoki trojga dzieci (w wieku ośmiu, dziesięciu i trzynastu lat) z rodziny Frączków, z którymi często się bawiłem. Podobnego uczucia doznałem widząc martwą koleżankę mojej siostry, J. Dziurkowską.

 

Przed samym wieczorem udałem się z ojcem na poszukiwanie koni wypędzonych z palącej się stajni. Domyślałem się, że mogły one pobiec na odległą o około 1 km łąkę. Rzeczywiście je tam znaleźliśmy. Rankiem następnego dnia, po załadowaniu na wóz całego naszego, uratowanego dobytku, udaliśmy się do tzw. "Choin", gdzie zamierzaliśmy wykopać ziemianki i czasowo zamieszkać. Po przejechaniu kilometra, zauważyliśmy, że za wozem biegnie przeraźliwie miauczący kot. Okazało się, że jest to nasza ulubiona kotka - Heca, która nie potwierdziła obiegowej opinii o kotach, które przywiązują się do miejsc a nie ludzi. W "Choinach" przebywaliśmy tylko kilka dni, ponieważ zabrał nas do swojego domu pan A. Wieleba. Ten czyn doskonale świadczy o ludzkim altruizmie, gdyż stosunkowo obcy człowiek (znaliśmy go tylko przelotnie) udziela innemu bezinteresownej pomocy.

 W domu pana Wieleby przyszło mi wkrótce, bo 15 września spotkać się bezpośrednio, po raz pierwszy, z Niemcami. Na pobliskiej polnej drodze ukazała się zmotoryzowana kolumna niemieckiego wojska, od czoła której oderwał się motocykl z trzema żołnierzami i podjechał pod dom. Dwaj żołnierze z karabinami maszynowymi zeskoczyli z motocykla i wpadli do mieszkania coś krzycząc. Pytali o polskich żołnierzy. Gdy zaprzeczyliśmy, Niemcy z bronią gotową do strzału przejrzeli dom i raptownie zmienili zachowanie. Karabiny pozawieszali na ramiona i zapytali o masło i jajka. Tak to odbyło się moje pierwsze spotkanie z wrogami. Bardzo byłem zdziwiony zachowaniem Niemców, gdyż wcześniej poznałem ich, podczas nalotu, jako bezlitosnych morderców, natomiast wówczas zobaczyłem ich jako normalnych ludzi. Wtedy to nie było jeszcze dla mnie w pełni zrozumiałe.