Gm. Dzierzkowice. Rolnicy kontra myśliwi w sprawie szkód łowieckich

Aktualności
Czcionka

Szkody, które w uprawach powoduje dzika zwierzyna, to problem nie nowy. Z roku na rok się jednak nasila, bo okazuje się, że dzików, saren i jeleni, które je najczęściej powodują, jest coraz więcej. Rolnicy narzekają na myśliwych, mówiąc, że ci ich kosztem urządzają sobie hodowlę i nie wypłacają odszkodowań. Myśliwi z kolei przekonują, że to rolnicy powinni zabezpieczać swoje uprawy, a ich obowiązują limity odstrzału, z których się wywiązują.

Plany odstrzału nie nadążają za wzrostem populacji

- Problem ciągnie się od wielu lat i z roku na rok się nasila. Dziki i sarny niszczą nie tylko zasiewy kukurydzy, ale pszenicę, rzepak. Szkody robią też na plantacjach malin, uprawach ziemniaków. Parę lat temu było po kilka sztuk saren w stadzie, a teraz jest po 40. Tak samo jest z dzikami. Koła łowieckie urządzają sobie hodowle zwierzyny na naszych terenach – mówi Zbigniew Bis, rolnik z Wyżnianki (gm. Dzierzkowice).

Jego zdaniem myśliwi, do których problem jest zgłaszany, nie reagują odpowiednio do potrzeby.

- Są myśliwi młodzi, skuteczni i ich działanie przynosi efekt, ale oni niestety nie zawsze dostają pozwolenie na odstrzał. Jak dzwonię do koła łowieckiego, że w jakieś konkretne miejsce regularnie przychodzi zwierzyna, to oni mówią, że nie będą tam siedzieć każdej nocy. Przyjeżdżają przeważnie jak uprawa jest już zniszczona. Mówią, że wywiązują się z planów odstrzału, ale co z tego, jak te plany nie nadążają za przyrostem liczby zwierzyny – skarży się Zbigniew Bis.

Odszkodowania nie rekompensują poniesionych strat

Na dodatek, jak mówią rolnicy, odszkodowania za szkody wyrządzane przez dziką zwierzynę są bardzo niskie i nie zawsze są wypłacane.

- Zgłaszam je regularnie od kilku lat. Myśliwi przyjeżdżają, oglądają, ale wyceniają tak, jak im pasuje i na dodatek rzadko płacą. Przez ostatnie 3 lata wypłacono mi może około tysiąca złotych. Same nasiona kosztują więcej. W zeszłym roku musiałem zaorać 2,5 ha rzepaku, bo zwierzyna zjadła wszystko. W tym roku na tym samym polu było podobnie. Największy problem jest z dzikami. Wyjadły chyba z półtora hektara kukurydzy. Po każdej szkodzie musiałem obsiewać pole na nowo i tak trzy razy. Często zdarza się, że nawet jak w kolejnym roku w danym miejscu posieję zboże zamiast kukurydzy, to dziki i tak przychodzą i niszczą całą uprawę, bo jej tam szukają – informuje rolnik z gm. Dzierzkowice.

 

 
Rolnicy powinni zabezpieczać swoje uprawy

Myśliwi przyznają, że jest problem szkód łowieckich, ale nie są w stanie zupełnie mu zapobiec.

- Zgłoszeń o szkodach może nie mamy bardzo dużo, ale są rolnicy, którzy rokrocznie z nimi przychodzą. Wydaje im się, że to my powinniśmy pilnować ich upraw, tymczasem to oni sami powinni je sobie zabezpieczyć – przekonuje Edward Dziurda, prezes Koła Łowieckiego nr 52 Dąbrowa Bór. - My robimy dużo, by zatrzymać zwierzynę w lesie, dokarmiamy ją zimą. Wiadomo jednak, że zimą sarna wyjdzie na pole i będzie szukać pod śniegiem zielonych liści, bo ona w ten sposób nie tylko się żywi, ale też uzupełnia braki wody. Rolnicy chcieliby, żebyśmy odstrzeliwali całą zwierzynę, która opuszcza las, ale my nie możemy tego zrobić. Mamy określone limity, które wykonujemy zresztą w 100%. Ponadto obowiązują okresy ochronne na poszczególne gatunki zwierząt, podczas których odstrzał jest prawnie zabroniony. Od 15 lutego do 15 sierpnia nie można na przykład strzelać lochy dzika, a to głównie one z małymi prosiakami robią najwięcej szkód - dodaje.

Potwierdza jednocześnie, że dzikiej zwierzyny – saren, dzików, jeleni – jest coraz więcej,

- Tak jest nie tylko u nas, ale w całej Polsce. Moim zdaniem ten nagły wzrost populacji związany jest z uprawą kukurydzy. Jak nie było tak łatwo dostępnego białka kukurydzy, to loszka dzika dojrzałość płciową osiągała dopiero w 3 roku życia. Dzisiaj spotykamy lochy, które, tak jak świnie, po kilku miesiącach mają prosięta. Kiedyś ruja u dzików była na przełomie listopada i grudnia, teraz trwa praktycznie na okrągło – wyjaśnia prezes Koła Łowieckiego nr 52 Dąbrowa Bór.

W wypłacie odszkodowań powinno uczestniczyć Państwo

Jeżeli chodzi natomiast o wypłatę odszkodowań, to myśliwi przekonują, że ich możliwości w tym względzie są mocno ograniczone.

- Zgodnie z prawem łowieckim zwierzyna w stanie wolnym jest własnością państwa. My dopiero po jej odstrzeleniu stajemy się jej właścicielami. To państwo powinno więc płacić za szkody przez nią wyrządzane, tymczasem przerzuciło ten obowiązek w całości na myśliwych. My nie mamy na ten cel żadnych dotacji ze strony państwa. Odszkodowania płacimy z naszych indywidualnych składek. Zdaję sobie doskonale sprawę, że nie są to odszkodowania wystarczające czy satysfakcjonujące rolników, ale niewiele możemy na to poradzić – mówi Dziurda.

Zdaniem myśliwych jedynym sposobem na ograniczenie szkód łowieckich jest ogrodzenie upraw, które szczególnie przyciągają dzikie zwierzęta.

- Dzik ma doskonały węch. Pole kukurydzy wyczuwa z 7 kilometrów, bo to dla niego przysmak.  Stado przez noc potrafi ponad hektar uprawy zniszczyć. Moim zdaniem jedyna skuteczna metoda na odstraszenie dzików to ogrodzenie pola pastuchem elektrycznym. To nie są jakieś wielkie koszty. Nawet bylibyśmy skłonni dopomóc w zakupie takich ogrodzeń, by wyeliminować problem na przyszłość – deklaruje myśliwy.

Koło Łowieckie nr 52 Dąbrowa Bór gospodaruje na obszarze 25 tys. ha. Skupia 92 myśliwych, z czego około połowa regularnie bierze udział w polowaniach. Poprzedni roczny plan łowiecki (od 1 kwietnia 2016 do 30 marca 2017) zakładał odstrzał 106 dzików i został zrealizowany w 100%. W ciągu roku koło z tytułu szkód łowieckich wypłaca rolnikom w sumie od 5 do 10 tys. zł.