Reklama

Urzędowskie wątki w słynnym filmie

- rozmowa z Przemysławem Chruścielewskim, członkiem Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej

Panie Przemysławie jak wyglądała Pańska droga z małego Urzędowa na światowe salony kinematografii? Jakie były początki pańskiej fascynacji filmem? Jak to się w Pana przypadku zaczęło?
Ta droga oczywiście była długa, niełatwa i zaczęła się tak myślę, że już w szkole średniej. Przyznam się do czegoś, zamiast na lekcje chodziłem na wagary i oglądałem filmy na płytach VCD. Pochłaniałem je setkami. A w tamtym czasie, na przełomie wieków i początku lat dwutysięcznych, dostęp do światowego kina nie był łatwy. Ja miałem to szczęście, że mój kolega był administratorem sieci internetowej na Politechnice Lubelskiej i ściągał mi mnóstwo filmów. Więc tych obejrzanych przeze mnie filmów było bardzo ale to bardzo wiele. Myślę, że wówczas nie była to fascynacja kinem, a raczej próba odkrywania świata, tego poza Polską. W tamtych czasach jedynym kontaktem z wielkim światem były książki i czasopisma, w domu nie było telewizji satelitarnej, więc to oglądanie filmów było pewną formą ucieczki od otaczającej mnie rzeczywistości. Co ciekawe mimo, że obejrzałem chyba wszystkie dostępne wówczas filmy, to  jednocześnie miałem braki w klasykach filmowych.  Dopiero jak skończyłem tu w Kraśniku szkołę średnią tzw. „Trójkę” czyli Technikum o specjalności technik elektryk-obróbka skrawaniem, to przygotowując się do egzaminów do szkoły filmowej zauważyłem u siebie te braki.


Przydało się to kraśnickie, techniczne wykształcenie ?
No cóż… montaż jest pewnego rodzaju obróbką skrawaniem, bo montażysta dostaje mnóstwo materiału i skrawa go bardziej i bardziej aż wyjdzie efekt końcowy. Filozoficznie rzecz ujmując to był dobry ruch żeby ukończyć ten kierunek w technikum. (śmiech)
A wracając do mojej drogi ...Kiedy ukończyłem szkołę wówczas współwłaściciel kraśnickiej telewizji Sławek Opoka zaproponował mi staż w powstającej redakcji. To był ten pierwszy krok do miejsca w którym obecnie jestem. Po stażu zostałem pracownikiem Telewizji Kraśnik. Tam zaczęły się moje pierwsze kontakty z kamerą, operatorką, montażem, w jakiś sposób liznąłem reżyserię, zaczęła się można powiedzieć profesjonalna  zabawa w to audio-video. Pracując w Kraśniku zrobiłem mnóstwo materiałów dziennikarskich, wywiadów, teledysków, na poważnie dotknąłem  rzemiosła. Ale nawet tam pracując nie byłem pewien czy pójdę w kierunku kina, bo rozpocząłem studia kulturoznawcze i dziennikarskie.  Będąc  jeszcze w kraśnickiej telewizji dostałem od Jacka Michalczyka prezent, książkę z absolwentami łódzkiej szkoły filmowej. Na studiach ją przeczytałem, zacząłem się interesować kinem, zacząłem czytać czasopisma branżowe, więc zaczynałem interesować się taką wiedzą już bardziej praktyczną i coraz bardziej mnie to wciągało. Na drugim roku studiów kulturoznawstwa mój kolega z Urzędowa Krzysztof Chudzicki, który kończył szkołę aktorską we Wrocławiu zaproponował mi współudział w spektaklu przygotowanym na koncert piosenki aktorskiej „Z diabłem na ramieniu” czyli spektaklu opartym na dantejskiej komedii osadzonej w piosenkach Nicka Cave’a. Miałem przygotować wizualizację tego spektaklu. Pojechałem do Wrocławia, stworzyliśmy spektakl, uczestniczyliśmy w przeglądzie, później zgraliśmy kilka spektakli w Polsce i trafiliśmy ze spektaklem na przegląd szkół teatralnych w Łodzi. Wówczas po raz pierwszy trafiłem do słynnej „filmówki”, zobaczyłem ją od środka, odkryłem jej magię i poczułem się wyjątkowo. Nasunęły mi się wspomnienia związane z książką którą otrzymałem od Jacka Michalczyka, odkryłem te miejsca, doskonale się w nich czułem i odnajdywałem, i wówczas po raz pierwszy zakiełkowała we mnie myśl „a może spróbuję”. Mimo, że studiowałem dwa kierunki, to ciągle szukałem swojego miejsca, bo było i kulturoznawstwo które minie rozwijało holistycznie i jednocześnie dziennikarstwo, ale podskórnie czułem że to nie jest to. Nikomu nic nie mówiąc złożyłem dokumenty do filmówki na kierunek montaż, bo czułem, że nie jestem wybitnym operatorem, mimo że pracowałem i z kamerą i aparatem,  i miałem pewne operatorskie doświadczenie, na reżyserię byłem za młody, bo wówczas na reżyserię szli absolwenci już innych kierunków, osoby z pewnym dorobkiem,  więc zostawał montaż, który wydawał mi się taki łatwy. (śmiech) Nie liczyłem zbytnio na sukces, bo na jedno miejsce było 15 kandydatów, a ja nie byłem „naoglądany” klasyki, ani specjalnie przygotowany w tym kierunku. Po egzaminach byłem jednocześnie i zadowolony, i rozczarowany, bo z jednej strony świetnie się na uczelni czułem  ale miałem  wrażenie, że te egzaminy jakoś specjalnie mi nie poszły. Wyjeżdżałem więc z Łodzi z przekonaniem, że nic z tego nie będzie i ruszyłem na wakacje. Po kilku dniach, po namowach mojej dziewczyny, bo sam byłem przekonany że się nie dostałem, zadzwoniłem na uczelnię, aby poznać wyniki egzaminów. I co się okazało? Zdałem egzamin z drugim lub trzecim wynikiem i zostałem przyjęty. Był to dla mnie tak wielki szok, że aż się rozpłakałem ze szczęścia. To był niesamowity zwrot akcji w moim życiu. Trafiłem do wyjątkowego grona dziesięciu studentów montażu na elitarnej uczelni w Polsce i pojawiło się pytanie co dalej? Studiując jeszcze kulturoznawstwo w Lublinie, mogłem łączyć oba kierunki bo studia w filmówce wówczas były w jeszcze w formie zaocznej. Udało mi się skończyć pierwszy kierunek studiów i jednocześnie znaleźć pracę w telewizji. Przez rok kręciłem się w trójkącie Łódź – Lublin - Warszawa. Zajmowałem się montażem w tvn24, później w montowałem sztandarowy program „Fakty’ pomagałem zakładać kanały tematyczne jak Religia tv, Sport, tvn24.pl. Okres mojej pracy przypadł na niesamowity czas szybkiego rozwoju telewizji i to był moment kiedy bardzo szybko nabierałem doświadczenia w swoim rzemiośle.  Na przykład pracując w Religia tv tworzyłem serie filmów dokumentalnych w cyklach „Nieznani –zapomniani”  „Portrety” i przez dwa lata zrobiłem ponad 70 półgodzinnych filmów dokumentalnych. Dzięki temu wzbogaciłem swój warsztat i zdolność do odpowiedniej selekcji zgromadzonego materiału, bo na każdy film miałem po 20 godzin materiału, a trzeba było zmieści się w 30 minutach. Oczywiście pięć lat studiów to był ten czas kiedy już profesjonalnie przygotowałem się do fachu montażysty.
 

Reklama

A jak doszło do tego że znalazł się Pan w elitarnym gronie Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, a więc organizacji która przyznaje rokrocznie najważniejsze nagrody w świecie filmu czyli Oskary ?
Do akademii nie można w żaden sposób aplikować, ani wstąpić, bo to ona zaprasza do swojego grona. Dla mnie było ogromnym zaskoczeniem, kiedy w 2020 roku otrzymałem z ich strony zaproszenie do członkostwa. Jest to wspaniałe i unikatowe grono, gdyż członków Amerykańskiej Akademii jest chyba dziewięć, może dziesięć tysięcy osób a montażystów w tej liczbie tylko stu. To faktycznie dosyć elitarne grono. Oczywiście stało się to możliwe dzięki filmowi „Boże Ciało” nominowanemu do Oskarów, a który miałem zaszczyt montować. Procedura jest taka, że jeżeli film jest nominowany, to amerykańskie gildie reżyserów, scenarzystów, montażystów, operatorów, badają, sprawdzają, kto tworzył te filmy. W moim przypadku oceniali dwa filmy: „Boże Ciało” i „Ostatnia Rodzina”. Po ich obejrzeniu gildia montażystów zasugerowała, że powinienem zostać członkiem Akademii, która się zgodziła i tak zostałem zaproszony do jej grona.
 

Czy członkostwo jest na określony czas czy też jest dożywotnie? 
Dożywotnio.

Reklama

A więc każdy film, który jest nominowany do Oscara, Pan ogląda i opiniuje?
 Tak, mam dostęp do takiego oscarowego Netflixa, gdzie są wszystkie filmy zgłoszone do Oscarów. Więc oglądam, oceniam i opiniuję poszczególne produkcje. 

Który moment w swojej filmowej twórczości ocenia Pan jako przełomowy ?
Jest ich kilka. Pierwszy przełomowy to fakt, że się dostałem do Szkoły Filmowej, czego nie spodziewałem się zupełnie. To wydarzenie nakreśliło mocno nowe tory, którymi podążyłem. Drugi związany był z tym, że uwierzyłem w swój talent, że potrafię tworzyć, że mam wyczucie tematu, którym należy się zająć. Po trzech latach studiowania tworzyłem krótkie metraże i okazało się, że właściwie każdy film, który montowałem, dostawał nagrody. I to nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Miałem filmy, które dostawały po 50 nagród. Znajomi mówili, że mam szczęście do filmów i też zacząłem w to wierzyć. A najbardziej budujący we mnie poczucie mojej wartości  i cementujący moje wejście w taki profesjonalny, bardzo elitarny i wysoki poziom kina – kina dokumentalnego był moment zaraz po moich 27 urodzinach kiedy to zadzwonił do mnie jakiś obcy numer telefonu. Pomyślałem że może ktoś z życzeniami. I z drugiej strony słyszę: „Dzień dobry, mówi Marcel Łoziński, czy pan mnie zna?” A mi się załamały nogi. Serce mi stanęło, zrobiło mi się ciepło. Marcel Łoziński, dla niezorientowanych powiem, że to jeden z najbardziej znanych polskich reżyserów filmów dokumentalnych, był on jako pierwszy Polak nominowany do Oscara, twórca Polskiej Szkoły Dokumentu. I miałem wtedy 27 lat, a Marcel miał 72. I on wtedy w drugim zdaniu mówi: „Panie Przemysławie, może wie pan, że zmarła niedawno moja montażystka, Kasia Maciejko-Kowalczyk i ona by sobie życzyła, żeby pan został moim nowym montażystą.” Nie wiedziałem, co się dzieje. Jak to się połączyło? Okazało się, że Marcel widział moje filmy, porozmawiał z reżyserami, z którymi pracowałem i poczuł, że ja to ja. I zaprosił mnie do swego filmu, bardzo osobistego, był to film „Tonia i jej dzieci”. Bardzo prywatny film dotyczący jego historii, jego mamy, jego przyjaciół, z którymi był w domu dziecka. To był wspaniały dokument, bardzo emocjonalny. Jest na pewno dostępny w Internecie, może na Ninatece, na portalu Ministerstwa Kultury, polecam bo tam jest dużo darmowych filmów. Warto zapoznać się. 

Reklama

No i tak się zaczęła moja współpraca z Marcelem. Zaprzyjaźniliśmy się. Okazało się, że on ma 72 lata, ale faktycznie ma 27, tak jak ja. Wspaniale się pracowało. Później z nim zrobiłem jeszcze jeden film. Wówczas poczułem swoją wartość. Dostrzegłem, że mój talent,  moja umiejętność operowania montażem jest na  poziomie profesjonalnym. Wszedłem na ten poziom, gdzie mogę wziąć odpowiedzialność za duży temat i potrafię dowieźć go do końca. I nie wykorzystywać swojego warsztatu do prostych manipulacji, a wykorzystywać to go do subtelnych, często podświadomych komunikatów i scen, które u widzów na długo, a może i na zawsze zostają w pamięci.

 Czy może pan wyjaśnić na czym polega rola montażysty podczas produkcji filmu?
Montażysta jest reżyserem postprodukcji, a więc powinien znać rzemiosło reżysera, aktora i operatora, montażysta powinien właściwie ocenić scenografię, kostiumy, rytm filmu. Dlatego egzaminy na montaż są bardzo zbliżone do tych na reżyserię. Wrócę jeszcze do wątków egzaminacyjnych i przytoczę anegdotkę: Ostatniego dnia stojąc przed komisją otrzymałem pytanie czym jest montaż? Oczywiście przygotowałem się, podałem ze dwie czy trzy książkowe definicje i generalnie zacząłem się miotać w mej odpowiedzi. Zacząłem się stresować co jednocześnie pogarszało moją sytuację. Wówczas założycielka tego kierunku na filmówce a obecnie rektor tej uczelni Milenia Fidler wstała i powiedziała „emocje Panie Przemysławie, emocje!”. To zupełnie nie zgadzało się z moim wyobrażeniem montażu, który odbierałem głównie jako pracę czysto techniczną. Pomyślałem jak to emocje? Przecież składa się to co zostało nakręcone i film już jest. Wystarczy popodcinać, powybierać najlepsze duble i jest gotowe.  Jednak studia  pokazały mi, że montaż nie polega tylko na składaniu i klejeniu kadr do kadru. Pracę montażysty można porównać do rzeźbiarza, każdy ma młotek i dłuto, potrafi nimi sprawnie operować, ale otwartym zostaje problem twórczości. Gdzie jest ta twórczość? Okazało się już na pierwszym roku, że tak naprawdę nic nie wiem o montażu. A to jest nic innego jak nieskończona studnia możliwości. Pracując przy filmie poprzez montaż można zmienić wszystko, można zmieniać sensy scen,  temat filmu,  emocje, strukturę. Pięć lat studiowania to był intensywny czas do przygotowania się do roli montażysty. Tak jak mówiłem o znajomości wielu elementów fachu filmowego, to dodatkowo trzeba poznać elementy psychologii, filozofii. Dzięki temu montażysta ma potężną moc kreacji. Po dwudziestu latach doświadczenia filmowego mogę powiedzieć że to jest niekończąca się historia. Montaż to przygoda na całe życie. Każdy film jest inny, każdy film ma inne przestrzenie do eksploracji przy każdym filmie czegoś innego się uczę, dotykam innej rzeczywistości. 

Reklama

A propos montażu, żeby każdy zrozumiał to  może jeszcze tę anegdotkę  zamieśćmy: Z montażem to jest tak. Mamy dowcip napisany na kartce i to jest nasz scenariusz. Ten dowcip może zagrać każdy z nas, czyli aktor. I każdy z nas opowie inaczej ten dowcip. A nawet my sami opowiadając ten dowcip  pięć razy, za każdym razem będzie on inaczej opowiedziany i inaczej wybrzmi. Z innymi pauzami, z inną intonacją. I to są nasze duble. Później montażysta dostaje te pięć dubli i z tych kadrów z pięciu dubli wybiera najlepsze i łączy je, żeby stworzyć najbardziej idealny dowcip na świecie. I pokrótce właściwie tym jest montaż.

Czy montażysta sam decyduje które kadry znajdą się w filmie?
Z tym jest różnie. W hierarchii filmu na czele stoi reżyser i on wybiera scenariusz, tworzy ekipę do której ma zaufanie z pionem operatorskim, oświetleniowym,  scenograficznym oraz z pionem montażowym. W idealnym świecie powinno być tak, że każdy zajmuje się swoją działką i za nią w 100% odpowiada. Jednak skoro  reżyser decyduje o ostatecznym kształcie filmu, to w  większości przypadków jest on i przy montażu. Jest to piękne i bardzo twórcze, bo wówczas zderzają się nasze światy i wyobrażenia, a z naszych dyskusji powstaje coś oryginalnego. Montażownia to bardzo intymne miejsce, gdzie wytwarza się przestrzeń do szczerej dyskusji obudowana poczuciem zaufania. I na tym poczuciu zaufania przekraczamy kolejne granice, odkrywamy różne światy. To też jest piękny proces budowania przyjaźni, który  przekłada się później na film. Lubię pracować z ludźmi ale mam swoje prace które tworzyłem sam. Ostatni film nad którym  pracowałem tak właśnie powstawał. Montowałem film znanego tajwańskiego reżysera Shen Ko Shanga  i ani razu się z nim nie spotkałem. Było to o tyle niesamowite doświadczenie że mieliśmy tylko kontakt poprzez skypea, a dodatkowo reżyser nie rozmawiał po angielsku, więc między nami pojawiał się jeszcze tłumacz. To było niezwykle ciekawe przeżycie a nasza kreatywność musiała być na maksymalnym poziomie, odkrywaliśmy niespodziewane intencje za którymi mogliśmy podążać dalej w montażu. I sam pracowałem nad tym filmem w Polsce a ze strony reżysera  było całkowite zaufanie, dzięki temu byłem bardziej odważny, rozwinąłem skrzydła i co warto zaznaczyć: artysta wolny jest dużo bardziej kreatywny. 

Reklama

Ma Pan swoich ulubionych polskich reżyserów, z którymi się świetnie Pan dogaduje i szybko wypracowujecie  wspólną wizję filmu? 
Są w tym gronie Ci, z którymi udało mi się już pracować. Poprzez pracę przy filmach, które stworzyliśmy, zaprzyjaźniliśmy się i do dzisiaj się przyjaźnimy. Ale też trochę tak jest, że jeżeli przychodzi do mnie, reżyser, którego nie znam ale z dobrym scenariuszem, to czuję, że za tym scenariuszem stoi postać interesująca i ciekawa. I zazwyczaj to się sprawdza, że jak jest dobry scenariusz, to jest dobry reżyser. Dotychczas raczej z sukcesem kończyłem wszystkie prace, które realizowałem z reżyserami. Czy mam ulubionych? Są to: Jan P. Matuszyński, z którym zrobiłem trzy filmy i serial i wiele lat spędziliśmy na tworzeniu, to na pewno super znajomość. Janek Komasa, z którym zrobiłem Boże Ciało, też jest super. Jacek Borcuch, z którym zrobiłem „Słodki Koniec Dnia” z Krystyną Jandą, kilka odcinków „Warszawanki”, a teraz dwa pierwsze odcinki pilotowe serialu oparty na powieści Żulczyka „Wzgórze psów”. Warto wspomnieć o Michale Chmielewskim debiutancie z którym zrobiłem „Roving Woman”. Świetny facet, niezwykle utalentowany, o niezwykłej wrażliwości. I tak mógłbym wymieniać wielu tych reżyserów. Może 20, może 30, z którymi pracowałem. Wiadomo, że każdy jakąś wartość dodaną wnosił.

Co by Pan, wykładowca łódzkiej  „filmówki”, radził młodym ludziom marzącym o karierze filmowej na co zwrócić uwagę w swoich przygotowaniach ?
Co bym polecił? Jeżeli ktoś chce się zajmować tym rzemiosłem montażysty, to nic innego jak uczyć się go, czyli nabierać zręczności w posługiwaniu się przysłowiowym dłutem i młotkiem. Ale jeszcze ważniejszy jest rozwój osobisty. Trzeba doświadczać życia, podróżować, należy rozmawiać z ludźmi, słuchać ich, rozumieć, należy czytać książki, budować swoją wrażliwość i swój wewnętrzny świat.

Reklama

I oglądać filmy, tak?
Oglądać filmy oczywiście, że tak. Dobry montażysta musi mieć umiejętność rozumienia świata, bo później to my przekładamy ten świat, przekładamy scenariusz na gotowy film. Tłumaczymy ludziom, jak mają patrzeć na niego, co i kiedy mają czuć, co mają myśleć o tym. Więc nie ukrywam, że to jest ciężka praca, ale jak się ma odpowiednio dużo szczęścia i odrobinę talentu, to można zostać montażystą i w ogóle można zostać filmowcem i tworzyć. Trzeba też być gotowym na wieloletnie poświęcenie, bo jednak montażyści pracują dość długo przy komputerze. Ja też przez jakieś 20 lat życia byłem zatopiony właściwie wyłącznie w montażu. Dopiero od 4 lat mam rodzinę, więc teraz zaczynam dzielić czas pomiędzy montaż i rodzinę. Nie ukrywam, że rodzina mnie wzbogaciła. Teraz rozumiem wiele emocji, których nie znałem i nie rozumiałem wcześniej. 

Nominowany do Oskara i  znany na całym świecie film  „Boże Ciało”  jest  dotychczas najsłynniejszym filmem nad którym Pan pracował, czytałem w jednej z rozmów z Panem że można tam dostrzec wątki związane z pańskim dzieciństwem i dorastaniem w Urzędowie, które to są wątki i sceny?
Tak, tak. To jest niezwykle zabawne. Zadzwoniła do mnie Aneta Hickinbotham z Aurum Films, z którymi zrobiłem wcześniej film „Ostatnia Rodzina” mówiąc że ma dla mnie świetny tekst, materiał na świetny film, który reżyseruje Janek Komasa, że koniecznie muszę przeczytać scenariusz. Przeczytałem go dwukrotnie jednego wieczoru i wiedziałem że to zmontuję. 

Reklama

Czytam ten tekst o tym młodym chłopaku, który jest z poprawczaka, chwile później wciela się w rolę księdza. Właściwie jest takim trochę Jezusem rewolucjonistą, bo w tym filmie nie ukrywam, że tworzyliśmy archetyp takiego nowoczesnego Jezusa, czyli kogoś, kto tłumaczy Słowo Boże, przekłada na ludzi i animuje lokalną rzeczywistość. Film wtedy jeszcze nazywał się Stado, a nie Boże Ciało.

Świat przedstawiony w scenariuszu poruszył mnie osobiście, bo bardzo silnie korespondował z moim dzieciństwem. Zadzwoniłem do Janka Komasy, żeby się z nim poznać, żeby wyrazić swoją opinię na temat tekstu, dać jakieś uwagi. Co ciekawe, w tym scenariuszu nie było jeszcze zakończenia. I mówię Janek, posłuchaj tego. Wyobraź sobie, że w Urzędowie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy byłem nastolatkiem pracował wikariusz, ksiądz Stasio, który był takim rewolucjonistą. Przełamywał wszelkie granice. Animował życie naszej lokalnej społeczności, moich starszych kolegów, mojej rodziny. Był lokalnym bohaterem. Prowadził msze tak niezwykłe, podczas których Kościół pękał w szwach. Grał na gitarze, miał jakieś kukiełki, którymi opowiadał kazania, na jednym z kazań jeździł na rowerku stacjonarnym, zbudował salę spotkań i salę do gry w ping ponga, zainicjował  budowę  boiska do kosza. Cały czas tworzył, był animatorem kultury. Wtedy dom kultury, że tak powiem istniał tylko z nazwy. Urzędowski wikary był po trochu  takim Danielem z Bożego Ciała. Oczywiście był wyświęcony i był prawdziwym księdzem, ale ksiądz Stanisław nosił długie włosy, przekraczał bariery, był takim hipisem Kościoła. Wychodził na przeciw potrzebom wiernych. Widział jak dotrzeć do młodych i jak zjednać sobie starszych. Unikał nudy. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych to było mocne złamanie schematu w tym konserwatywnym patrzeniu na Kościół. 

Reklama

I nie ukrywam, że otworzyła mi się jakaś taka przestrzeń, o której zapomniałem, przestrzeń emocjonalna, w której sobie wspominałem te wszystkie przygody, a z racji tego, że mieszkałem koło kościoła, więc byłem czynnym uczestnikiem tych wszystkich działań. Poszukiwałem pasujących elementów w grze Bartka Bieleni, który dostarczył wspaniałego, wszechstronnego materiału, z którego mogliśmy stworzyć Daniela twardego, Daniela miękkiego i mogliśmy pójść w różnych kierunkach, a dzięki doświadczeniu z dzieciństwa filtrować sceny i okraszać tę postać  elementami księdza Stasia. 

Historia urzędowskiego wikarego skończyła się dramatycznie, bo poprzez swoje nietypowe i przekraczające kościelne konwenanse zachowanie, ale w gruncie rzeczy ludzkie podejście do wiernych, proboszcz wyrzucił go z parafii. Urzędowianie zorganizowali pikietę, protestowali krzycząc i śpiewając, ściągnęli telewizję, co na lata 90 było czymś bardzo wyjątkowym, zabili deskami wejście do kościoła i to wszystko w imię wiary, w imię ochrony tego świata, który ksiądz Stasio stworzył. Finalnie obaj księża zostali przeniesieni, a kościół musiał być ponownie poświęcony. Rzeczywisty Stanisław był zbyt nowatorski i przez to nie wszyscy byli na niego gotowi. To zupełnie jak z filmowym Danielem. Film Boże Ciało jest o tym samym. De facto jest to przełożenie tej samej historii, więc niezwykłe jest to, jak doświadczenia z życia mogą się zbiec ze scenariuszem filmu fabularnego, który poprzez te moje doświadczenia został niejako „udokumentalniony”. Być może to też przełożyło się na ogromny międzynarodowy sukces tej produkcji, bo była ona prosto i autentycznie opowiedziana.

Reklama

Teraz jak Pan wspominał zakończył pracę z  tajwańskim reżyserem. Jaki ma Pan plan na najbliższy czas?
Znany polski raper wraca ze swoją nową płytą i tworzymy wideopłytę, czyli ekranizację jego płyty muzycznej. Nie mogę za dużo zdradzić, bo podpisałem kontrakt i co się z tym wiąże mam pewnego rodzaju zobowiązania o zachowaniu dyskrecji. Jest coś nowatorskiego, nowa forma teatralno-musicalowa. Super doświadczenie, bo znowu się czegoś nowego będę mógł się nauczyć. A na przyszły rok mam przygotowane projekty, które rozwijam,  ale nie wiem, które dojdą do realizacji i na które się zgodzę.
Dziękujemy za rozmowę

Rozmawiali Grzegorz Minik i Grzegorz Jankowski

Reklama

Na zdjęciu: Przemysław Chruścielewski spotkał z kraśnicką publicznością podczas przeglądu swoich filmów „Montażysta po jasnej stronie mocy”, który zorganizowało Centrum Kultury i Promocji.foto CKiP

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 28/01/2025 13:20
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Wideo Krasnik24.pl




Reklama