Reklama

Gazetowy wehikuł czasu. Wrzesień sprzed 55 lat

Dziś naszym gazetowym wehikułem czasu cofamy się do roku 1994 i z wrześniowego wydania ?Głosu Ziemi Kraśnickiej? prezentujemy dość obszerny artykuł zatytułowany ?Wrzesień sprzed 55 lat? Tekst jest wspomnieniem mieszkańca Kraśnika Piotra Wilka dotyczącym wybuchu II wojny światowej i bombardowania naszego miasta. Zachęcamy do lektury.

Wrzesień sprzed 55 lat

Mieszkałem w Kraśniku z rodzicami i dwoma siostrami na ulicy Góry, której jedna część stanowiła rodzaj najbliższego przedmieścia miasta, a druga (tzw. ?Drugie Gó­ry") - leżąca za gościńcem do Zaklikowa, wchodziła częścio­wo w jego obręb. W momencie wybuchu wojny liczyłem sobie ponad 12 lat. Wierzyłem głęboko w siłę i wielkość Pol­ski i uważałem, że Hitler dostałby za swoje, gdyby odważył się zaatakować nasz kraj. Już w pierwszych dniach wybu­chu wojny doznałem zawodu i bardzo przeżywałem wiado­mości radiowe o cofaniu się naszych oddziałów, a potem z przykrością i niepokojem patrzyłem na gromady uciekinie­rów, przechodzących przez Kraśnik. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Już 3 czy 4 września niemiecki samolot zbom­bardował Fabrykę Amunicji na Budzyniu, gdzie ranny został nasz najbliższy sąsiad i ja widziałem potem rozpacz jego ro­dziny. Wkrótce, bo już w świąteczny wówczas piątek 8 września 1939 roku przychodzi jakże tragiczny dla Kraśnika dzień. Był ciepły i słoneczny i początkowo nic nie zapowia­dało nadciągającej katastrofy. Naraz, ok. godz. 13, rozległ się w powietrzu zawodzący ryk syren przeciwlotniczych, więc z kolegą bez namysłu zaczęliśmy biec przez tzw. ?Drugie Góry? w kierunku naszych domów. Jednocześnie co chwila spoglądaliśmy w górę, gdzie początkowo nic nie było widać. Niebawem zaczął dobiegać do nas ciężki, dudniący, jakiś złowrogi warkot maszyn i wkrótce, pojawiły się na pogodnym niebie, mniej więcej na stronie płd-wsch., małe sylwetki srebrzyście błyszczących samolotów, które leciały zorganizowanymi klu­czami w naszym kierunku. Przy potężniejącym szumie silni­ków samolotowych, wbiegliśmy na ogród moich rodziców w momencie, gdy samoloty nadlatywały nad nasze przedmieś­cie. Naraz rozległ się w powietrzu, nieznany nam dotych­czas, ostry i przenikliwy gwizd, a po chwili ogłuszający huk rozrywających się bomb lotniczych. Obydwaj padliśmy na ziemię, kilka metrów od stodoły, obok rosnącego tutaj dębu i tuż przy ułożonym stosie drewna budowlanego. Przenikliwe gwizdy, huki oraz oślepiające błyski nasilały się. Płonęło wszystko - budynki mieszkalne, stajnie, obory, stodoły, pło­ty i drzewa. Widziałem jak ogień wybuchał co chwila w innym miejscu i rozprzestrzeniał się w niesłychanie szyb­kim tempie, bo wszystko było zupełnie wysuszone w wyniku dość długo utrzymujących się gorących dni. W powietrzu kłębiły się szare, ciemne dymy oraz pyły wznoszone na sku­tek wybuchu bomb. Było niesamowicie gorąco, bo wokół nas, płonęły zabudowania, a dym tamował oddech, dosłow­nie dusił. Ciągle rozlegał się trzask płonących i rozlatują­cych się budynków oraz dobiegały ryki palących się żywcem zwierząt, a także rozpaczliwe krzyki oraz płacz ludzi. Wi­dząc, że kolega mój jest przerażony i bezradny, zasugerowałem mu wejście pod stos drzewa. Sam zostałem pod dębem i chociaż nieco obawiałem się trafieniem odłamkami bomb, to jednak z pewnym zaciekawieniem spoglądałem w niebo, po którym, wśród szarych i żółtawych obłoków dymu i pyłu przesuwały się złowrogie sylwetki samolotów. Nagle kilka metrów ode mnie coś oślepiająco błysnęło, rozległ się głośny huk i rozle­ciała się płonąca komórka obok stajni. Momentalnie zapaliła się i stajnia. Zo­baczyłem, że ze stodoły wybiegł mój ojciec i wpadł do stajni. Zorientowałem się, że zamierza wypuścić konie z palą­cej się stajni, więc natychmiast po­biegłem pomóc mu. Konie przerażone ogniem i hałasem pogalopowały gdzieś w kierunku pola. Następnie razem z ojcem wypędziliśmy z obory bydło i za­częliśmy wyganiać świnie, ale ich w zasadzie nie zdołaliśmy uratować gdyż stawiały duży opór przy wypędzaniu ich z zagród, a z wielkim trudem wy­ciągnięte, wyrywały się i znów wpadały w ogień płonącego chlewu. Pamiętam, że nie bacząc na płomienie, w ostatniej chwili wpadłem do chlewu i na rękach wyniosłem dwa małe prostaczki (z któ­rych mieliśmy później duży pożytek). Reszta naszej trzody chlewnej (której, licząc z małymi było kilkanaście sztuk) spaliła się. Podobny też los spotkał większość naszego drobiu i królików. Najpóźniej zaczął się palić nasz dom, dlatego zdołaliśmy wynieść z niego poza teren objęty pożarem, część pościeli, bielizny i ubrań oraz nieco żywności. Na resztę nie starczyło już czasu, ze względu na szybkie rozprzestrzenianie się ognia. W pierwszej fazie akcji ratun­kowej przeszkadzały nam bombowce, a w drugiej ( po ucichnięciu wybuchów bomb) samoloty myśliwskie, które lata­jąc bardzo nisko nad ziemią, raziły mieszkańców kulami z karabinów ma­szynowych. Niektórzy z pilotów polowali na pojedynczych ludzi. Przykładem mo­że być śmierć 14-letniego harcerza Trynkiewicza, który (jak mi później opo­wiadano) w czasie nalotu wskoczył na rower i z dużą szybkością jechał polną drogą koło kirkutu w stronę pól poza-miejskich, a pilot niemieckiego myśliw­ca popędził za nim i uśmiercił go z broni pokładowej. Mieszkańcy naszej ulicy, mimo wybuchających bomb, sza­lejącego ognia i kuł z karabinów maszy­nowych, z jakąś zawziętością i determinacją ratowali wszystko, co tyl­ko było możliwe ze swojego majątku materialnego i inwentarza żywego. Pa­miętam, że wspólnie z ojcem zdołaliśmy również ocalić przed spaleniem nasz wóz zaprzęgowy, wyciągając go z palą­cej się już stodoły.

Reklama

Po ustaniu nalotu i zakończonej akcji ratunkowej z ogromnym żalem i przyg­nębieniem spoglądaliśmy na dopalające się resztki naszego dobytku. Jedyną pociechą w tym wielkim nieszczęściu byto to, że nikt z najbliższych mi osób nie stracił życia. A przecież wielu lu­dziom tak się nie powiodło. Zginęło wówczas kilkudziesięciu mieszkańców naszej ulicy (według jednych ok.40, a w/g innych ponad 70), a wśród nich kilku moich kolegów i koleżanek. Zmęczony akcją ratunkową ruszyłem obejrzeć te miejsca na naszym przed­mieściu, gdzie intensywność bombar­dowania była największa i gdzie spadły bomby o największej sile rażenia. Oka­zało się, że było to na terenie nad­rzecznym, gdzie wzdłuż rzeki rosły stare, ogromne wierzby, z których wie­le zostało wtedy potrzaskanych, poroz­rywanych na części, powyrywanych z ziemi razem z potężnymi korzeniami. W wielu miejscach widziałem bezład­nie porozrzucane, zakrwawione zwłoki ludzi, poprzeszywane kulami lub po­szarpane odłamkami bomb. Te strasz­ne, przerażające widoki wstrząsnęły mną, dwunastoletnim wówczas chłop­cem, do głębi i spowodowały powstanie zmian w niektórych cechach mojej psychiki. Zburzył się mój dotychczaso­wy system wyobrażeń i pojęć o świecie a jednocześnie ukazał mi się świat no­wy, zupełnie inny od tego który zna­łem, pełen grozy i ludzkiego okrucieństwa. Szczególnie poruszył mnie widok zwłok dzieci, z którymi uczęszczałem do szkoły lub jeszcze nie tak dawno się bawiłem. Największego wstrząsu doznałem patrząc na krwawe zwłoki trojga dzieci (w wieku ośmiu, dziesięciu i trzynastu lat) z rodziny Fraczków, z którymi często bawiłem się. Podobnego uczucia doznałem wi­dząc martwą koleżankę mojej siostry, J. Dziurkowską.

Przed samym wieczorem udałem się z ojcem na poszukiwanie koni wypędzo­nych z palącej się stajni. Domyślałem się, że mogły one pobiec na odległą o około l km łąkę. Rzeczywiście je tam znaleźliśmy. Rankiem następnego dnia, po załadowaniu na wóz całego naszego, uratowanego dobytku, udaliśmy się do tzw. ?Choin", gdzie zamie­rzaliśmy wykopać ziemianki i czasowo zamieszkać. Po przejechaniu kilomet­ra, zauważyliśmy, że za wozem biegnie przeraźliwie miauczący kot. Okazało się, że jest to nasza ulubiona kotka - Heca, która nie potwierdziła obiegowej" opinii o kotach, które przywiązują się do miejsc a nie ludzi. W ?Choinach" przebywaliśmy tylko kilka dni, ponie­waż zabrał nas do swojego domu pan A. Wieleba. Ten czyn doskonale świad­czy o ludziom altruizmie, gdyż stosun­kowo obcy człowiek (znaliśmy go tylko przelotnie) udziela innemu bezintere­sownej pomocy.

Reklama

W domu pana Wieleby przyszło mi wkrótce, bo 15 września spotkać się bezpośrednio, po raz pierwszy, z Niem­cami. Na pobliskiej polnej drodze uka­zała się zmotoryzowana kolumna niemieckiego wojska, od czoła której oderwał się motocykl z trzema żołnie­rzami i podjechał pod dom. Dwaj żoł­nierze z karabinami maszynowymi zeskoczyli z motocykla i wpadli do mieszkania coś krzycząc. Pytali o pol­skich żołnierzy. Gdy zaprzeczyliśmy, Niemcy z bronią gotową do strzału przejrzeli dom i raptownie zmienili za­chowanie. Karabiny pozawieszali na ramiona i zapytali o masło i jajka. Tak to odbyło się moje pierwsze spotkanie z wrogami. Bardzo byłem zdziwiony za­chowaniem się Niemców, gdyż wcześ­niej poznałem ich, podczas nalotu, jako bezlitosnych morderców, nato­miast wówczas zobaczyłem ich jako normalnych ludzi. Wtedy to nie było jeszcze dla mnie w pełni zrozumiałe.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Krasnik24.pl




Reklama