mówi Katarzyna Gołda, Kraśniczanka z urodzenia, była oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służby Kontrwywiadu Wojskowego, a obecnie pisarka, autorka powieści „Złoty spadochron” i „Dosiad”. Ta ostatnia pod koniec września ukaże się na rynku.
Jesteś rodowitą kraśniczanką?
Tak.
Kiedy wyjechałaś z Kraśnika na dobre?
Wyjechałam z Kraśnika w 2006 roku za pracą. Po ukończeniu filologii polskiej na UMCS przez rok pracowałam w Gimnazjum nr 1 w Kraśniku jako nauczycielka języka polskiego. Umowa się skończyła, w mieście było trudno o pracę, szczególnie dla świeżo upieczonej nauczycielki. Zgłosiłam się nawet do sprzątania sklepu komputerowego, by zapewnić sobie jakiś pieniądz, ale wtedy dostałam telefon z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego o pomyślnym zakończeniu rekrutacji.
Nauczycielka języka polskiego szuka pracy w ABW. To niecodzienna historia
No tak, wtedy dla mnie służby specjalne były odległym tematem. O UOP-ie usłyszałam od kolegi, który przez całą podstawówkę i później szkołę średnią powtarzał, że będzie pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Namiętnie oglądał "Psy" Pasikowskiego.
UOP przestał jednak istnieć i w jego miejsce powstały Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencja Wywiadu. Kiedy miałam przysłowiowy nóż na gardle i zastanawiałam się, jak związać koniec z końcem, pomyślałam: wyślę CV do ABW. Liczyłam, że znajdę pracę w Lublinie, bliżej domu. Jednocześnie brakowało mi nadziei, że ktokolwiek oddzwoni, bo wyobrażałam sobie, że w ABW pracują osoby, które mają milion umiejętności przedziwnych i nietypowych. Na przykład otwierają drzwi siłą woli, sami twardziele – a ja ze swoim polonistycznym wykształceniem zupełnie nie będą tam pasować.
E-maila wysłałam trzy razy. Za każdym razem dostałam wiadomość zwrotną o tym, że poczta nie została dostarczona. Pomyślałam wtedy: koniec tematu, dziękuję bardzo. Po miesiącu dzwoni do mnie nieznany numer, a osoba po drugiej stronie zaprasza na rekrutację do Warszawy.
I pojechałam na tę pierwszą rozmowę do stolicy. To był dla mnie zupełnie nowy świat: wielkie miasto, ludzie, którzy ciągle się spieszyli, trącając łokciami na ulicy.
Nie chciałam takiego świata. Naprawdę. Bo lubię Kraśnik, lokalność, małomiasteczkowość i uważam, że to jest zaleta, nie wada. Lubię spokojny tryb życia, więc dla mnie to był duży przewrót.
Ale jeździłam na kolejne etapy rekrutacji, trwało to prawie rok. Zostałam przyjęta. Co ciekawe, drugiego dnia służby, kiedy byłam już na kursie podstawowym, dostałam telefon z Urzędu Pracy w Kraśniku, że mają dla mnie ofertę pracy nauczycielki polskiego w liceum na "Górce". Ja w Warszawie, w mundurze maszeruję na musztrę, życie przeorganizowane, a tu Kraśnik do mnie dzwoni: przyjeżdżaj, mamy dla ciebie pracę!
Gdybym telefon dostała trzy dni wcześniej, może tę Warszawę bym odrzuciła. No ale już byłam na kursie, w zamkniętym ośrodku, odizolowana od rodziny i pomyślałam sobie: no nie, trochę za późno.
Nie żałujesz tej decyzji?
Nie, nie żałuję. Nie żałuję dlatego, że Warszawa, której się bałam, która była dla mnie za duża i złowieszcza, tak naprawdę przyniosła mi wiele dobrego. I akurat tutaj widzę różnicę, co może dać człowiekowi małe miasto, a jakie możliwości oferuje z kolei duże. Choć najchętniej chciałabym mieszkać w Kraśniku i mieć takie możliwości, jak w Warszawie. Ale tego nie da się pogodzić. Co los przyniesie w przyszłości? Nie wiem, wszystko się może zdarzyć.
Służby wciągnęły cię potem na dobre?
Tak. Spędziła w nich prawie dwie dekady, pełniąc służbę najpierw w ABW, a potem w SKW.
I twoje spojrzenie na służby specjalne od czasu tego kolegi od "Psów" Pasikowskiego się zmieniło?
Zdecydowanie. Przede wszystkim zniknął wizerunek herosa, cybermaszyny, która potrafi położyć przeciwnika opuszką palca, albo zna pięć orientalnych języków na najwyższym poziomie. Szybko zrozumiałam, że tak nie jest. Zobaczyłam, że niektórzy funkcjonariusze rzeczywiście mają szczególne umiejętności, ale służba to jest taka wielka firma i jak w każdej firmie potrzebni są różni ludzie. Jedni będą odpowiadać za papier w drukarce, inni za zabezpieczenie, jeszcze inni za finanse, kolejni za to, żebyś miał materiał do pracy. Bo tu często bazuje się na pracy innych ludzi. Na przykład dostajesz dokument, będący analizą, którą wykonał analityk na podstawie informacji, które pozyskał jeszcze ktoś inny i ty tę analizę wykorzystujesz w swojej pracy.
Ostatecznie nie jest jednak jak w każdej firmie, bo informacje, które służby specjalne wykorzystują w pracy – w większości są niejawne – i to jest rzecz szczególna, która odróżnia służbę od zwyczajnej pracy. Ale przede wszystkim najważniejsza jest dbałość o bezpieczeństwo wewnętrzne państwa.
Czy coś z twojej pracy jako polonistki, z twoich humanistycznych umiejętności i studiów, przydało ci się w pracy w służbach?
Osoby z wykształceniem humanistycznym są w służbach mile widziane, bo przede wszystkim pracuje się z drugim człowiekiem. Trzeba umieć nawiązać z nim kontakt, zyskać zaufanie. Często mamy do czynienia z sytuacjami naprawdę delikatnymi. Osoba pozbawiona kompetencji miękkich nie zdobędzie potrzebnych służbie informacji. A przecież powszechnie wiadomo, że najważniejszą walutą w służbach, jest właśnie informacja. Wygrywa ten, kto pierwszy ją zdobędzie i umiejętnie wykorzysta.
Zaskoczyło mnie, że szeregi funkcjonariuszy zasila tak wielu humanistów. Oczywiście są też ludzie z wykształceniem technicznym, specjalistycznym, bardzo wąskim. Jednak w pracy operacyjnej umiejętności interpersonalne są kluczowe. Jeśli masz "gadane", masz cechy takie jak empatia, umiejętność nawiązywania kontaktu, budowania porozumienia, to jesteś w połowie drogi do sukcesu. Na początku tego nie wiedziałam, dzisiaj wydaje się to oczywiste. Zachęcam osoby, które chciałyby podjąć służbę na przykład w ABW, ale z jakiegoś względu wydaje się im, że służba ich nie potrzebuje, żeby wypełnili formularz rekrutacyjny na stronie i się sprawdzili.
Osoby z małych miasteczek, jak Kraśnik, mają czasem kompleksy związane ze swoim pochodzeniem. Z twojej perspektywy chyba niesłusznie?
Pochodzenie z małej miejscowości może być atutem. Przyjeżdżasz do Warszawy i nie masz tu punktów zawieszenia ani zbyt wielu ludzi, którzy cię znają (no chyba że cała twoja klasa przyjechała tu za pracą). To ważne w przypadku funkcjonariuszy zatrudnianych na niejawnych etatach, które to osoby w żaden sposób nie mogą być kojarzone ze służbą.
Natomiast ja miałam kompleksy dziewczyny z małego miasta. Dziewczyny, która skończyła polonistykę, a idzie do wielkiej służby, gdzie pracują sami znawcy prawa, stosunków międzynarodowych, terroryzmu, przestępczości zorganizowanej, kontrwywiadu. Na szczęście jeśli masz chęć i siłę do nauki, wszystkiego możesz się nauczyć.
Z kompleksów dość szybko się wyleczyłam, chyba najbardziej na kursie oficerskim. Byłam tam z osobami, o których właśnie myślałam, że to nadludzie, co poradzą sobie w każdej sytuacji. Szkolono nas, ale też testowano. I nagle okazało się, że ja, ta dziewczyna z małego miasta, radzi sobie bardzo dobrze i kurs oficerski kończy z wyróżnieniem, jako prymuska. Oprócz mnie z wyróżnieniem kurs ukończyła jeszcze jedna koleżanka i chyba dwóch kolegów na kilkadziesiąt osób z całej Polski. To mnie dowartościowało, bo zrozumiałam, że nie miejsce pochodzenia, nie zdobyte wykształcenie decyduje o tym, czy możesz się gdzieś sprawdzić i odnieść sukces, tylko twoja praca, i to, ile poświęcisz jej uwagi.
Praca w ABW czy SKW to bardziej służba, czy też taka życiowa "przygoda"? Jak to wygląda z twojej perspektywy?
Może moja odpowiedź rozczaruje, ale to przede wszystkim służba. Tu wykonuje się rozkazy, są też pewne ograniczenia, bo np. trzeba mieć zgodę na niektóre wyjazdy zagraniczne, składać oświadczenia o stanie majątkowym, co pięć lat wypełniać ankietę bezpieczeństwa osobowego, gdzie "spowiadasz się" z całego życia. Służba wie o tobie więcej niż własny mąż.
Oczywiście dobrze, że tak jest. Nie wyobrażam sobie, żeby służba nie była transparentna i funkcjonariusze nie byli transparentni. Uważam, że stawanie do procedury co pięć lat to konieczność absolutna. Wiemy wtedy, że pracują z nami ludzie, którym można ufać, którzy nie robią na boku rzeczy niezgodnych z prawem.
Ale służba to nie tylko nakazy i zakazy. Można powiedzieć, że to jest trochę tak, jak położysz coś na szali. Waga przechyla się raz na jedną, raz na drugą stronę. Czasami były „przygody”, było emocjonująco, a czasami po prostu bywało ciężko.
Brakuje mi tych emocji, podszytych adrenaliną, tego, że masz zrobić coś zupełnie nowego, zmierzyć się z czymś, albo musisz wymyślić coś od zera lub na szybko pracować plan działania. Brakuje mi dreszczy, gdy człowiek czuł, że krew krążyła w żyłach szybciej.
To przeskoczę przy tej adrenalinie, tej szybciej płynącej krwi, do obecnego twojego zajęcia. Czy jako pisarce też płynie ci podobnie szybko krew, kiedy wymyślasz historie, kiedy piszesz, kiedy tworzysz swoich bohaterów, historie? Jest tu adrenalina w ogóle?
Jest. I tu mogłabym ci powiedzieć, co mnie zaskoczyło, kiedy zostałam pisarką, bo tego się zupełnie nie spodziewałam. Nie spodziewałam się, że będę mieć stres przed premierą, stres związany z tym, jak ludzie przyjmą moją książkę.
Wydając ją, zrealizowałam największe marzenie i myślałam, że będę się cieszyć, przeszczęśliwa latać sobie na chmurce i jeść ptasie mleczko. Tymczasem dość mocno przejmowałam się, jak książka zostanie odebrana przede wszystkim przez osoby z jednej czy drugiej służby. Miałam też w sobie taką uważność na to, co piszę, żeby nie wyrządzić krzywdy służbie, bo to jest rzecz, której najbardziej bym nie chciała – przeszkodzić albo zaszkodzić koleżankom i kolegom w realizowaniu zadań służbowych.
I jak została przyjęta przez służby, przez twoich kolegów, koleżanki?
Mogę wypowiedzieć się tylko za te osoby, które się do mnie odezwały. Podobało im się. Niektórzy mówili: Kaśka, ktoś w końcu napisał prawdę o tych tonach kwitów, o szafach, o papierologii, pokazał prawdziwych ludzi. Dziś zastanawiam się, jaki będzie odbiór mojej drugiej powieści. Bardzo mocno skupiłam się na wątkach psychologicznych, na tym jak moi bohaterowie reagują w sytuacjach stresowych i co ten stres z nimi robi, co w nich wywołuje. Zwróciłam uwagę na to, jak wielu z nas, czytelników, nie jest świadomych, że ta praca może być stresująca i jak bardzo obciąża funkcjonariuszy.
Twoje marzenie o napisaniu książki pojawiło się w trakcie służby?
Moje marzenie pojawiło się w kraśnickiej bibliotece, kiedy miałam 6 lat. Chodziłam do zerówki. W dziale dziecięcym pracowała pani Irena Bykowska. W ogóle pani Irena to jest dla mnie wyjątkowa postać. Myślę, że także dla wielu osób, które przychodziły do kraśnickiej biblioteki.
Ale wracając do tematu. Nie pamiętam, ile książek można było wypożyczyć jednorazowo, wypożyczyłam limit. Poszłam do domu, przeczytałam i szybko wróciłam do biblioteki. Mówię pani Irenie, że chcę wypożyczyć kolejne. A ona, że tylko raz dziennie można książki wypożyczać. Byłam bardzo rozżalona, ale wtedy zrozumiałam dwie rzeczy: po pierwsze, że chcę być nauczycielką języka polskiego, po drugie, że chcę być pisarką.
Pierwsze marzenie zrealizowałam dość szybko, bo zgodnie z planem, na drugie musiałam poczekać kilkadziesiąt lat.
Czy wtedy już myślałaś, jaką książkę napiszesz?
Nie. Wtedy po prostu wiedziałam, że chcę być pisarką. Ale nawiązując jeszcze do pytania o kompleksy osoby z małego miasta w wielkim mieście, uważałam jednocześnie, że żeby zostać pisarką, to wiesz, trzeba być wyjątkową osobą, kimś szczególnym. Bardzo długo tak myślałam. Odwagę, by zostać pisarką, dała mi Warszawa.
Ale pierwszej książki nie napisałaś z marszu?
Moje pisanie zaczęło się tak: poznałam koleżankę ze służby, która opowiadała bardzo ciekawe historie. Więc mówię do niej: na podstawie twoich opowieści można dziesięć książek napisać. Ale ona nie wiedziała, jak się pisze, więc poszła na kurs kreatywnego pisania. Na tym kursie dowiedziała się, że na Facebooku działa grupa, która organizuje konkursy na opowiadania. I mówi: chodź, napisz opowiadanie. No i napisałam, i zajęłam drugie miejsce. Uznałam, że to znak. Zaczęłam się rozglądać za konkursami ogólnopolskimi. Wzięłam też udział w konkursie międzynarodowym, gdzie zostałam wyróżniona.
Wtedy zaczęłam myśleć o książce. Ale z uwagi na to, że pełniłam służbę, odkładałam wszystko na emeryturę, czyli na czas nieokreślony. Bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, ile będę służyć. Pisałam więc opowiadania, głównie do szuflady, pod pseudonimem.
Samo to, że miałaś doświadczenie w pracy w służbach, pomogło ci w tworzeniu pierwszej książki?
Tak, służba dała mi mnóstwo inspiracji, ale sama historia w wątku współczesnym pierwszej książki jest fikcyjna, jest wytworem wyobraźni. Natomiast pojawiają się nawiązania do afery "Żelazo", która rzeczywiście miała miejsce. Gdy o niej usłyszałam, oczy zaczęły się coraz bardziej otwierać. Tak powstał "Złoty spadochron" wydany przez Wydawnictwo Literackie.
Co ciekawe – podczas gdy piszę fikcję, niektórzy czytelnicy myślą, że to prawda. I to jest absurd. Mam w książce dużo czarnych charakterów, można powiedzieć ludzi "powleczonych smołą". Celowo, no bo na tym opiera się schemat powieści kryminalnej czy sensacyjnej. Bohaterowie nie mogą być krystalicznie czyści. No i niekiedy pojawiają się pytania: czy z naszymi służbami naprawdę jest tak źle? Wszyscy są podli? Czyhają na swoje stanowiska, pieniądze i awanse? Oczywiście, że nie. „Złoty spadochron” nie jest reportażem, to thriller.
Czyli książka, powiedzmy, sensacyjno-kryminalna, rządzi się swoimi prawami innymi niż codzienne życie służb?
Oczywiście. Przede wszystkim życie służb to na co dzień merytoryczna, trwająca czasami miesiącami, żmudna praca na źródłach, materiałach, analizach, na różnych rzeczach, o których nie można mówić powszechnie, bo są niejawne.
Obraz służb specjalnych, przedstawiony w serialach czy filmach, to niewielki, ale mocno skondensowany, wycinek rzeczywistości funkcjonariuszy. Oczywiście dużo zależy też od jednostki organizacyjnej. Inaczej pracują antyterroryści, inaczej kadry.
To wróćmy jeszcze do twojego pisania. Jak tworzysz historie twoich bohaterów?
Wymyślam je od początku do końca. Nie mam wśród swoich bohaterów postaci inspirowanych rzeczywistymi osobami. Natomiast wakacyjny przyjazd do Kraśnika i Urzędowa zaowocował rozmową, dzięki której w jednej z kolejnych książek znajdzie się bohaterka zainspirowana konkretną osobą stąd. Taka sytuacja zdarzy się u mnie po raz pierwszy.
Wydałaś jedną książkę, za chwilę będzie druga. Mówisz o trzeciej, czwartej, piątej. Jak długo pracujesz nad książką w takim razie?
Niestety bardzo długo i myślę, że przeszkadzają mi w tym pomysły. Na przykład po rozmowie z tobą i z Hubertem Trukanem z Kraśnickiego Towarzystwa Regionalnego, dzięki ciekawym informacjom, które uzyskałam – natychmiast miałam głowę zapaloną kolejną historią. Stąd mam w kolejce kilka książek. "Podgrzewam" się raz jedną, raz drugą historią. Chciałabym wszystkie pisać naraz, ale w moim przypadku nie jest to możliwe. Te moje myśli, gdy piszę trzecią książkę, krążą przy czwartej i piątej, i to jest bardzo dla mnie niekorzystne, ale z drugiej strony napędzające.
Przejdźmy do twojej najbliższej książki, która ukaże się w tym miesiącu.
Książka będzie miała premierę 30 września. Zostanie wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego i będzie to drugi tom cyklu szpiegowskiego o funkcjonariuszach i funkcjonariuszkach ABW. Tytuł znowu znaczący i znowu powiązany ze służbami specjalnymi. "Dosiad". Nie będę wyjaśniać, czym ów dosiad jest, licząc, że zainteresuję czytelników i sięgną po książkę, żeby sprawdzić. A jest naprawdę interesująco, są emocje. Przyznam, że pisało mi się tę książkę z wypiekami na twarzy, ale też w dużym skupieniu, z uwagą skupioną na bohaterach w związku z sytuacją, w jakiej się znajdują. To jest kontynuacja losów bohaterów, których czytelnik poznał w "Złotym spadochronie", ale opowiada zupełnie o czym innym. Pojawia się tu m. in. motyw zwielokrotnionej zemsty i braku zaufania między bliskimi sobie osobami. Poza tym jest tam parę czytelniczo-literackich mrugnięć do czytelnika. Mam nadzieję, że zostaną wyłapane.
To teraz przeskoczymy do trzeciej i do czwartej książki. Pojawiłaś się w te wakacje w Kraśniku, w Urzędowie, ale nie było to tylko podróż sentymentalna czy odwiedzenie starych kątów.
Czwarta książka to ukłon w stronę Kraśnika i jednocześnie wyraz tęsknoty za rodzinnym miastem.
Korzystając z możliwości, że książki docierają w różne zakątki Polski, ale też świata, chciałam pokazać czytelnikom miejsce dotąd nieodkryte na powieściowych kartach. Kraśnik ze swoimi tradycjami, unikatową historią – na przykład Fabryki Łożysk Tocznych, ale też innych miejsc – aż się prosi o książkę. Będą też wątki urzędowskie.
Podczas ostatniej wizyty spojrzałam na miasto, które kocham, z zupełnie innej perspektywy. Środek lata, upał, a czułam się jakby Kraśnik spowijały mrok i mgła, jak w „Ziarnie prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. Uważam, że wart jest poznania.
Kiedy stąd wyjeżdżałam, wyglądało trochę inaczej. Ostatnio zobaczyłam na Facebooku wpis koleżanki, która pojechała do jakiegoś polskiego miasteczka i nazwała je „miastem hortensji”. No nie. Miastem hortensji w Polsce jest Kraśnik. Przyjedźcie i sprawdźcie.
Poza tym, że Kraśnik jest malowniczy, przede wszystkim jest gotowym planem filmowym. Dzielnica Fabryczna z kolorowymi blokami, czystymi ulicami, zielenią, zalewem, lasami, kinem, centrum kultury z bogatym repertuarem artystycznym, dobrą gastronomią – to wymarzone miejsce do życia. Do tego wszędzie jest blisko.
Żeby pojechać do teatru czy kina, muszę pokonać 50 kilometrów samochodem, zabiera mi to kilka godzin. A tutaj wychodzisz z domu i za pięć minut jesteś w kinie, masz wszystko na wyciągnięcie ręki.
Jest też „stara” część Kraśnika z Rynkiem, kościołem, synagogą, cegielniami i polami malin. To naprawdę bardzo dużo inspiracji.
Powiedz, kiedy czytelnicy mogą szykować czas na czytanie czwartej książki z wątkami lokalnymi?
Wróćmy jeszcze do drugiej i trzeciej, bo robię w nich małe wprowadzenie kraśnickie. Bohaterowie trafią do Kraśnika za sprawą pewnych zwłok. Tyle mogę dzisiaj powiedzieć. A czwartą – kraśnicką książkę – będą chciała napisać jak najszybciej.
Na razie nie zdradzę szczegółów, ale kraśniczanie będą mogli się tu odnaleźć. Zamierzam zadbać o realia i z tego względu zajęłam się lekturą archiwalnych numerów "Głosu Kraśnickiego", dzięki czemu zdobyłam wiele wartościowych informacji.
Mam nadzieję, że kraśniczanie – dzięki tej nienapisanej jeszcze książce – będą w pewien sposób mogli cofnąć się do przeszłość.
Jednak zanim to nastąpi, gorąco zachęcam do lektury mojej najnowszej i co ważne – już napisanej – powieści. Bo kolejne książki mają szansę powstać tylko wtedy, kiedy czytane są te aktualne. Mam nadzieję, że „Dosiad” i „Złoty spadochron” umilą Państwu jesienne wieczory.
Rozmawiał Grzegorz Jankowski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze